przygody

Rapha Festive 500 2014

Podziel się tym artykułem:
Rapha Festive 500 2014

500 km w ciągu tygodnia… Niby niewiele.. Ale wykręcić taki dystans zimową porą i to w trakcie okresu świątecznego- to już niezłe wyzwanie!

24 grudnia- Zdążyć na kolację (24 km )

Lubię ten dzień. Od zawsze spędzam Wigilię w gronie najbliższej rodziny. Magiczny czas, pełen spokoju i pozytywnych wrażeń. Tego dnia rower wyjątkowo schodzi na dalszy plan. Tak było również i tym razem. Chociaż zdecydowałam się podjąć wyzwanie Raphy, to 24 grudnia wykręciłam zaledwie 24 km w drodze do/z pracy. Zawsze coś. Ale i to nie było wcale takie łatwe. W drodze powrotnej wieje tak silny wiatr, że ledwo kręcę, a nie mogę się przecież spóźnić na wigilijną kolację. Szybko wpadam do domu, biorę prysznic, ogarniam się i mogę już spokojnie zasiąść za stołem z rodziną..

25 grudnia– Walka z lodowatym wiatrem (69 km)

Koniec dobrego! Dzisiaj nie będę już odpoczywać i zajadać się świątecznymi wypiekami i innymi pysznościami. Podjęłam wyzwanie, więc pora wziąć się do roboty i wykręcić jakiś konkretny dystans! Miało być lajtowo, a było cholernie ciężko. Początkowo jedzie mi się całkiem przyjemnie. Trasa po okolicznych terenach i eksploracja nowych, leśnych ścieżek. Podczas jednego ze zjazdów zrywa się tak mocny, przeszywający i lodowaty wiatr, że wysysa ze mnie całą energię życiową i totalnie odbiera mi przyjemność z jazdy. Pogrążam się we własnych myślach. I walczę z wiatrem. Ale chyba przede wszystkim walczę jednak sama z sobą. Po co to robię? Czy warto w ogóle tak się męczyć? Łzy powoli napływają mi do oczu. Łzy złości, bo obawiam się, że przez te wietrzysko nie dam rady ukończyć wyzwania. Mimo wszystko zawzięcie wykręcam kolejne kilometry. Wracam do domu sponiewierana i padam ze zmęczenia na łóżko. A to dopiero początek …

DSC00503
DSC00507

26 grudnia– Winter is coming (75 km)

Drugi dzień świąt i pierwszy powiew zimy. Tym razem też nie było łatwo. Wiatr ucichł, ale temperatura poleciała za to ostro w dół. Jeździłam już i przy większych mrozach, ale dawno tak nie zmarzłam. Po wczorajszych opadach deszczu pozamarzały kałuże- na drogach szklanka. Trzeba bardzo ostrożnie jechać, przez co nie mogę się porządnie rozgrzać. Marzną mi strasznie dłonie i palce u stóp. Co jakiś czas muszę się zatrzymywać na małą gimnastykę, żeby rozgrzać odmrożone kończyny. Droga dłuży mi się strasznie. Marzę już o tym, żeby wrócić do ciepłego mieszkania. A kiedy już wracam, przepełnia mnie niesamowita radość. Uwielbiam to uczucie, kiedy zmęczona i przemarznięta wracam do ciepłego domu (no może pomijając te kilka minut kiedy siedzę na podłodze i jęczę z bólu, gdy palce u moich stóp zaczynają powoli wracać do siebie;). Kawa, ciepły obiad i gorący prysznic. A potem pod kocyk i jeszcze książka na dobranoc. Wszytko pięknie, ale wiem, że nie odpocznę na długo. Bo jutro rano czeka mnie kolejny wycisk;)

DSC00583

27 grudnia- Sucha szosa (67 km)

Dzisiaj jazda w większej grupie, więc przyjemnie się kręci. No może poza jedną niewielką przeszkodą- dopada mnie typowa kobieca dolegliwość i muszę łykać kilka tabletek przeciwbólowych w trakcie jazdy. Nie ma lekko:)

Tym razem odpuszczam sobie zlodowaciałe drogi w pobliżu okolicznych górek i wybieram suchą, lajtową szosę, dzięki czemu łatwo wpadają kolejne kilometry.

DSC00604

28 grudnia – mroźne nabijanie kilometrów (74 km)

Kolejny dzień kręcenia na mrozie. I kolejny test silnej woli. Tym razem temperatura spada do – 10 st. Ze względu na spore oblodzenie w lasach i wyżej położonych terenach– dalej jestem zmuszona do kręcenia po płaskiej szosie.
Dodam, że po tych kilku dniach śmigania na mrozie mam już dość. Jestem zmęczona i źle mi na samą myśl, że znowu dzisiaj zmarznę i będę nabijać kilometry po nudnych asfaltach. Nie lubię się zmuszać do jazdy rowerem, ale nie ma rady- po chwili ambicja zwycięża i znowu wskakuję na rower..

29 grudnia – Zima na całego! (73 km)

Rano wyglądam przez okno …. a tu niespodzianka! I tym razem bardzo przyjemna. Jest biało!:) Delikatny puch przykrył ulice. Ale czad!:) Od razu poprawia mi się nastrój.

Dzisiaj nie ma jazdy asfaltami- od wyjścia z domu jest czysty teren. Zapomniałam już, jakie to uczucie jeździć po śniegu- ostatni raz śmigałam tak dwa lata temu, bo ostatnie zimy były zaskakująco ciepłe.
Cudnie mi się jedzie tego dnia! Nie jest tak zimno, a śnieg pięknie błyszczy w słońcu i wydaje jakże przyjemne dla ucha skrzypienie. Uwielbiam jazdę po takim świeżym puchu. Biała magia i cudowny klimat. Można na nowo zakochać się w dobrze znanych już nam terenach- niby te same krajobrazy, a jednak odkrywają przed nami zupełnie nowe oblicze. Te same zjazdy teraz dostarczają o wiele większej frajdy i adrenaliny.

DSC00681
DSC00720
DSC00579
DSC00706

Czeka mnie sporo przyjemnej jazdy po lasach. No i zaliczam pierwszą zimową glebę! A potem pora na herbatę w barze i powrót w promieniach zachodzącego słońca. Pierwszy raz w tym tygodniu wracam do domu rozgrzana:) To był cudowny, zimowy dzień! A cel już na wyciągnięcie…łydki:)

DSC00725
DSC00625

30 grudnia – Byle do celu (79 km)

Żeby nie przemęczać się za bardzo przed Sylwestrem, postanowiłam dzisiaj pokręcić po suchych, płaskich asfaltach i wykręcić więcej kilometrów. Monotonna trasa. Monotonna jazda. Ale kręcić trzeba. Zaczynam więc myśleć o minionym roku. O tym, co udało mi się zrealizować i już powoli zaczynam snuć plany na przyszły sezon.

31 grudnia- Mission completed! (61 km)

Wyzwanie ukończone! 500 km od Wigilii do Sylwestra. To nie był łatwy tydzień. Co chwilę los rzucał mi pod koła kłody- silne wiatry, 10-stopniowe mrozy, lód, gleby, ból brzucha, śnieg- ale nie poddałam się, dopięłam swego i ukończyłam wyzwanie:)
Przy okazji tak się świetnie złożyło, że tego dnia wykręciłam równo 12 tys. km w 2014 roku. Mój nowy rekord. I kolejny powód do świętowania.

Udało się!! 12 tysięcy w 12 miesięcy!:)

81

Moje 12 tys. świętowałam ze znajomymi podczas Sylwestra na Górzcu.

17
66

A wieczorem pełen relaks. Należy mi się po tak wyczerpującym tygodniu! Jestem zbyt zmęczona, żeby imprezować. Symboliczna lampka szampana i po północy zasypiam ze zmęczenia, ale z uśmiechem na ustach. Bo nic daje mi większej satysfakcji niż ukończone wyzwania:)

Rapha 500- po raz drugi- grudzień 2015

Kolejny rok zleciał tak szybko! I tym razem postanowiłam wziąć udział w wyzwaniu Raphy. Pogoda dopisywała- grudzień był wyjątkowo ciepły, słoneczny bez śniegów i mrozów, a temperatura przekraczała ponad 10 stopni! Bardziej jak wiosna niż zima.. Idealne warunki do nabijania kilometrów do Raphy… No prawie, bo wiał za to silny wiatr, a ja całe wyzwanie robiłam praktycznie samotnie.

Zaczynam od ponad 80 km w Wigilię- asfaltowa pętelka po moich Chełmach. Szybki powrót do domu, prysznic i mogę jechać na Wigilię. Pomimo braku czasu zdążyłam jeszcze upiec sporo pierników z rowerowymi motywami 😉

11224676_773170936162073_664003647381509725_n

25 i 26 grudnia również nie robię sobie świątecznej przerwy- zarówno drugiego jak i trzeciego dnia wykręcam po 80 km. Zaczyna wiać jeszcze mocniej. Samej ciężko kręci się pod wiatr, więc szukając trochę osłony- wbijam się w teren i śmigam przez chwilę po lasach. 250 km, czyli połowa Raphy- już za mną. Szybko zleciało!

I wtedy wpadam na szalony pomysł….:) A co, gdyby tak jutro skończyć Raphę? Jak myślę- tak robię. Po 8.00 rano wyruszam w trasę. Postanawiam zrobić 3 pętelki po 80 km po moich górkach. Może trochę to dziwne i mało atrakcyjne, ale z pewnością jest to bezpieczna i wygodna opcja. Przede wszystkim dlatego, że nie oddalam się za bardzo od domu i znam dobrze te tereny. Dzień jest krótki, zimowe noce chłodniejsze- nie chcę ryzykować, zwłaszcza że jadę sama.
Pierwsza i druga pętelka w ciągu dnia idzie mi zadziwiająco sprawnie. Nie robię długich przerw,nogi też nawet dobrze podają, chociaż te poprzednie trzy dni samotnej jazdy pod wiatr trochę już mnie wymęczyły…

Kryzys przychodzi pod koniec drugiej pętli. Na liczniku już 150 km, a mnie nagle łapie dziwny ból brzucha i ostre kłucie. Jest na tyle silny, że zatrzymuję się na chwilę i siadam na ławce. Dopada mnie lekki stres i rozważam rezygnację z dzisiejszego wyzwania. Na szczęście, po krótkiej przerwie na batonika ból częściowo mija i mogę kontynuować jazdę.

Kiedy rozpoczynam trzecią pętelkę- zapada już zmrok. Myślałam, że to będzie najgorszy odcinek, a jednak na trasie postawia mi towarzyszyć na rowerze jeszcze Andrzej. We dwójkę jedzie się o wiele raźniej. Spotykamy się w jednej z wiosek. Przyjeżdża tam też autem mój drugi kolega (kontuzjowany wówczas) Krzysiek, który przygotował dla nas przemiłą niespodziankę. Dostaję gorący barszcz,krokiety i ciasto- prosto ze świątecznego stołu. Mniam! Siedzę na przystanku i wcinam te pyszności, a ciepły barszcz przyjemnie rozlewa się po moim ciele. W towarzystwie Andrzeja żadna noc mi nie straszna- jedziemy sobie na lajcie i rozmawiamy. Teraz już wiem, że ukończę to wyzwanie.

W Jaworze żegnam się z chłopakami. Do celu zostało jeszcze jakieś 30 km. Niestety bateria w moim Garminie jest już na wyczerpaniu. Wpadam w lekką panikę. Dzwonię do Jarka, żeby wyjechał po mnie z Legnicy i przywiózł mi power bank. Przyjeżdża w ostatniej niemal chwili. Uff… Wiem, że trasa i tak by się zapisała, ale wolę nie ryzykować. Ostatnie kilometry to już takie sztuczne nabijanie dystansu po mieście i okolicznych wioskach.
W końcu po ponad 12 godzinach kręcenia udaje się mi wykonać zadanie. 250 km w jeden dzień, a w tym ponad 2 tys. m przewyższeń. Rapha 500 ukończone w cztery dni. Tym samym robię to wyzwanie jako druga Polka- ubiegła mnie kilka godzin wcześniej koleżanka Kasia;)

10414_777295449082955_7402957276261987938_n

W tym roku o wiele więcej cyklistek zdecydowało się wziąć udział w Raphie 500- łącznie ukończyło to wyzwanie 9 dziewczyn. Szczególnego wyczynu dokonała Justyna, która cały dystans przejechała wraz z mężem i malutką córeczką w przyczepce. Filmik z tego wyzwania można obejrzeć tutaj.

12400961_780477728764727_4458315601512385495_n

Do trzech razy sztuka? – Rapha w 2016 roku

Po ostatniej Raphie zdecydowałam, że w kolejnych edycjach już nie biorę udziału. Ukończyłam to wyzwanie dwa razy, więc w tym roku postanowiłam sobie odpuścić- tym bardziej, że nie miałam ani jednego wwlnego dnia w pracy w okresie między Wigilią a Sylwestrem. W dodatku, kilka dni przed Raphą łapię zapalenie zatok. Szybko jednak zmieniam zdanie. W sumie, to co mi zależy- spróbować zawsze można:)

Tym razem aura nie była już jednak tak łaskawa. W Wigilię pomimo dość ładnej pogody muszę niestety odpuścić sobie jazdę- zatoki jeszcze trochę mi dokuczają, więc wolę nie ryzykować.
Na drugi dzień świąt pada przez cały dzień. Przyznam, że już wymiękałam i miałam zrezygnować z kręcenia, ale Bartek motywuje mnie do wyjścia. Jedziemy w deszczu. Jedyny plus jest taki, że tutaj w okolicach Bolesławca mają piękne, równe szosy- po których lekko i przyjemnie się kręci, Mokry asfalt sprawia, że po 40 km zupełnie przemakają mi buty. Czuję, że stopy mi zamarzają (jest tylko kilka stopni na plusie) ale zawzięcie kręcę w milczeniu z utęsknieniem czekając na powrót do domu. Po 90 km wracam cała zmarznięta, przemoknięta i ubłocona telepiąc się z zimna. Stóp nie czuję jeszcze dobrych kilka minut po powrocie. Jednak gorący prysznic i pyszny, świąteczny obiad robią swoje- rozgrzewam się i jestem szczęśliwa, że pomimo takiej kiepskiej pogody nie poddałam się i jednak wykręciłam konkretny dystans. No i o dziwo, moje zatoki nie pogorszyły się:)

1939506_774710199341480_8534213595648599460_o

Drugiego dnia nie pada , ale za to wieje mocny wiatr. Początkowo jest dość ciepło. Tym razem bardziej górzysta trasa. Po drodze zahaczamy o zamek Czocha. Końcówka trasy to wyścig z czasem, bo dzień jest obecnie najkrótszy w roku , a my nie mamy ze sobą lampek. Na szczęście większą część drogi powrotnej mamy wiatr w plecy. Moja radość jest jednak przedwczesna. Ostatnie 10 km daje mi nieźle popalić. Następuje załamanie pogody. Wieje straszliwe, a do tego zacina grad, który ostro tnie moją twarz. W pewnym momencie dostaję tak mocny podmuch bocznego wiatru, że tracę kontrole nad rowerem i muszę się zatrzymać, bo inaczej wpadłabym do rowu. Ponownie mam odmrożone palce u stop i dłoni. W końcu po 125 km tuż przed zapadnięciem zmroku zajeżdżamy pod dom. O jak dobrze! I znowu można bezkarnie objadać się świątecznymi smakołykami, bo należy mi się. Dzisiaj z pewnością zasłużyłam na niezłą wyżerkę:)

Kolejne dni nie są już tak hardkorowe i upływają już spokojnie na nabijaniu kilometrów- chociaż czegoś takiego nie lubię, bo muszę się zmuszać do jazdy. Rowerem dojeżdżam do pracy. Zawsze coś wpadnie. Kręcę też przed pracą np. 50 km szosą na mrozie- wszystko białe, oszronione, a wschód słońca pięknie oświetla tę zimową biżuterię. Gdzieś po drodze wpada kolejna setka, a w Sylwestra wykręcam ostatnie kilometry..Kończę wyzwanie i mogę sobie poszaleć na sylwestrowej zabawie:)

Tym razem Rapha była dla mnie łatwiejsza, bo robiłam prawie całą na rowerze szosowym, więc kilometry wpadały o wiele szybciej. Chociaż pogoda była chyba najgorsza od trzech lat- od deszczu, po silny wiatr i na mrozach kończąc.

Czy za rok podejmę znowu te wyzwanie? Nie wiem, ale na pewno nie mówię nie:)

szosa 2

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *