przygody

Maratony MTB – pierwszy sezon startowy

Podziel się tym artykułem:
81623-rbbl16-3083-giga-000101-rbbl16_02_mpa_20160723_133238

Co roku poszukuję nowych wyzwań rowerowych, które nakręcają mnie do działania. W tym sezonie jako główny cel wyznaczyłam sobie ukończenie dwóch klasyfikacji generalnych w maratonach mtb (Bike Maraton oraz Puchar Strefy Sudety MTB). Po dość intensywnym okresie ścigania- nadeszła pora na odrobinę relaksu podczas jesiennych, rowerowych wypadów. To dobry moment na odrobinę refleksji oraz podsumowanie tegorocznego sezonu.

Na głęboką wodę….błoto;)

Moją przygodę z maratonami rozpoczęłam tak naprawdę rok temu. Za namową kolegi postanowiłam wystartować w Bike Maratonie. Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym już na starcie nie podniosła wysoko poprzeczki. Zdecydowałam się na dystans Giga na trudnej technicznie trasie w Jeleniej Górze. Trudnej tym bardziej, że było wówczas mokro i ślisko. Niestety, pierwszy start okazał się być dla mnie trochę pechowy. Nie przeczytałam regulaminu i pojechałam z ostatniego, siódmego sektora – przez co nie zostałam ujęta w klasyfikacji i otrzymałam zero punków. Nie przejęłam się tym jednak – byłam szczęśliwa, że zmieściłam się w limicie i ukończyłam tak trudny wyścig.
Kolejne zawody to Bike Maraton w Świeradowie Zdroju – tym razem również nie dopisało mi szczęście, bo pomyliłam trasę i zjechałam za daleko. Sezon zakończyłam jeszcze jednym startem na wyścigu Muflon Sudety MTB, gdzie udało mi się zająć dobre miejsce. Czułam jednak lekki niedosyt.. Spodobały mi się starty w maratonach. Na początku roku wzięłam więc kartkę do ręki i zapisałam na niej najważniejsze wyścigi, które chcę zaliczyć w 2016 roku.

Maratony MTB – pierwsze kroki. Cz. 2 Tuż przed startem, w trakcie i po wyścigu

Niespodziewane pudło

Sezon miałam rozpocząć już w Miękini, ale z powodu przeziębienia wystartowałam dopiero w Polanicy Zdrój. Pamiętam, że kiedy ustawiłam się w pierwszym sektorze zastanawiałam się, co ja w ogóle tam robię – żadna przecież ze mnie Elita;) Taki jednak jest wymóg dla dziewczyn startujących na dystansie Giga. Nie nastawiałam się na dobre miejsce – chciałam po prostu dobrze pojechać maraton. Po dojechaniu na metę początkowo nawet nie sprawdziłam wyników. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że jestem trzecia! Nie ma to jak dobrze rozpocząć sezon;) To właśnie wtedy podjęłam decyzję, że powalczę o dobre miejsce w klasyfikacji generalnej na Bike Maratonie.

dsc07309-2

Przymusowa przerwa w środku sezonu

W ciągu miesiąca od pierwszego startu przejechałam jeszcze cztery maratony – dwa Mega w Pucharze Strefy Sudety MTB (w Głuszycy oraz Walimiu) oraz Giga na BM w Wałbrzychu i w Zdzieszowicach – ta ostatnia trasa była dla mnie bardzo męcząca pod względem psychicznym, ponieważ nie cierpię nudnych, szybkich i płaskich tras. Wystartowałam tam (podobnie jak później w Obiszowie) tylko dlatego, że zależało mi na punktacji do generalki. Góry i techniczne odcinki- to jest to, co lubię najbardziej.
A później zdarzył się wypadek…Pojechałam na samotną wycieczkę do Jakuszyc. Podczas powrotu, 20-km przed domem – auto wymusiło pierwszeństwo i zajechało mi drogę. Niby nic poważnego (moja szosa też za wiele nie ucierpiała), ale lekki szok był. Pierwszego dnia byłam tak poobijana, że nie wstawałam prawie w ogóle z łóżka. Jednak szybko doszłam do siebie- tylko obite palce długo wracały do formy.
Dwa tygodnie zwolnienia to dość długa przerwa od roweru. Piękna pogoda za oknem, a ja mogłam jedynie kręcić na trenażerze. Zawsze coś… Na szczęście to chwilowe rozstanie z rowerem bardziej mi pomogło niż zaszkodziło. Poczułam znowu głód kręcenia, który mogłam zaspokoić podczas miesięcznego pobytu w Karkonoszach. Miałam tydzień czasu, aby dojść do formy, bo zbliżał się Bike Maraton w Szklarskiej Porębie. Jest to jeden z lepszych według mnie wyścigów w całym cyklu – trasa poprowadzona jest bowiem na świetnych, technicznych odcinkach. Do ostatniego dnia wahałam się, czy wystartować, bo odczuwałam jeszcze lekki ból w okolicy ramienia, ale nie mogłam sobie odpuścić tak świetnego wyścigu. Chociaż nie byłam w najlepszej dyspozycji to technicznie bardzo dobrze ogarnęłam temat i na zjazdach trochę zaszalałam;) Jak dobrze znowu wrócić do gry!

14894496_1086357378086676_2025843306_o

Chrzest bojowy nowego sprzętu

Do tej pory jeździłam na moim starym, wysłużonym, aluminiowym Cubie (przejechałam na nim połowę wyścigów w tym sezonie, a łącznie ok. 40 tys. km). Nie jest to super sprzęt pod maratony- trochę ciężki (ok. 12 kg) no i 26-calowy. W tym roku spłukałam się doszczętnie na zakup szosy, więc o nowym rowerze mtb nawet nie marzyłam. A jednak… Szczęście w nieszczęściu. Z odszkodowania za wypadek mogłam sobie kupić nową maszynę. Mój wybór padł na Krossa Level R10 27,5 cali. Dodaję mu tylko parę różowych akcentów i mój Edgar prezentuje się teraz pięknie;)
Pora na chrzest nowego roweru, a najlepiej do tego nadaje się maraton. Trochę na spontanie – od razu jadę na Bike Maraton do Bielawy. Dzień wcześniej pokręciłam tylko chwilę na nowym sprzęcie, więc nie wiem jak to będzie… Okazuje się, że miesięczne wakacje w Karkonoszach bardzo mi się przydały. Już od startu noga podaje. Jedzie mi się tak lekko, jak nigdy wcześniej. Spora zasługa w tym pewnie też lżejszego roweru na większych kółkach. Niestety, na 50-kilometrze łapię kapcia. „Nie, nie tylko nie to!”. Duże zaskoczenie, bo do tej pory nigdy mi się to nie zdarzyło na maratonach- koła w poprzednim rowerze były świetne i dobrze trzymały mleczko. Nie mam nawet przy sobie zapasowej dętki ani narzędzi. Zbiegam kawałek, ale na szczęście już po chwili docieram do skrzyżowania z drogą asfaltową, gdzie stoi karetka. Wyskakuje z niej kilka chłopaków, aby mi pomóc. Moja zrozpaczona mina mówi sama za siebie. Chyba będę musiała wycofać się z wyścigu…Szkoda, bo tak dobrze mi się jechało… Mimo wszystko zaczepiam przejeżdżających zawodników, prosząc o pomoc. W końcu udaje mi się dorwać dętkę i pompkę. Panowie z karetki we czterech mi ją zmieniają i mogę po upływie ponad 30 minut wrócić na trasę. Ufff…Co za fart! Moja radość jest jednak przedwczesna… Po zjeździe z Kalenicy…. łapię kolejnego kapcia! Nie mogę się teraz wycofać- przecież do mety zostało zaledwie 8 km (w tym głównie zjazd)! Z drugiej strony to nowy rower i trochę szkoda niszczyć koło (chociaż i tak planowałam wymianę kół i opon na sprawdzony zestaw)… Ambicja jednak wygrywa. Większą część zjazdu zjeżdżam na tylnej obręczy. O tyle dobrze, że kapcia mam w tylnym kole, więc jakoś to ogarniam. Rowerem ostro rzuca… Każdą nierówność, korzeń, kamień mocno się odczuwa. Momentami podjazdy robię na stojąco. W końcu dojeżdżam do upragnionej mety. Przez defekt straciłam ponad 50 min, ale mimo wszystko udaje mi się wskoczyć na podium. Taka nagroda pocieszenia;)

81623-rbbl16-3083-giga-000101-rbbl16_01_kkn_20160723_155411

Przekraczanie granicy komfortu

Najbardziej wspomina się te maratony, na których nie było lekko. Kryzysy, brak mocy, defekty lub ciężkie warunki- potrafią nieźle sponiewierać…ale ta radość z pokonania własnych słabości jest niesamowita.

Jednym z takich maratonów był wyścig finałowy Strefy Sudety MTB w Jodłowniku. Paradoksalnie chciałam go przejechać asekuracyjnie, bo zależało mi na generalce. Miałam nie szaleć na zjazdach. A wyszło trochę inaczej;) Na singlu wpadłam bowiem w poślizg i pechowo przywaliłam głową o korzeń- tak, że lekko mnie zamroczyło i rozwaliłam nowiutki kask.. Później dziwnie już czułam się przez całą trasę i chciałam jak najszybciej skończyć wyścig… Po zawodach pojechałam na prześwietlenie głowy.. „Pani już u nas była wcześniej, prawda?”- spytali mnie w szpitalu. „Tak, prześwietlali mi Państwo dwa miesiące temu też głowę po potrąceniu przez auto”- odpowiadam i nawet mnie to bawi;)

Niektóre maratony były również ciężkie ze względu na upały – a zwłaszcza ten w Jeleniej Górze… Uwielbiam tę trasę, bo znam dobrze Rudawy i lubię takie techniczne zjazdy. Poza tym mam do tego maratonu sentyment- to tam wystartowałam przecież po raz pierwszy rok temu na Giga… Niestety, dzień przed zawodami wypadają mi ciężkie dni. Ból brzucha jest tak mocny, że biorę kilka tabletek i cały dzień leżę w łóżku. Do rana nie jestem pewna, czy wystartuję… Ostatecznie, decyduję się jednak pojechać. Najwyżej zejdę z trasy… O dziwo, jedzie mi się bardzo dobrze… Niestety, tuż przed podjazdem na Łopatę potrąca mnie na zjeździe rowerzysta i lecę przez kierę prosto w błoto… Ciężkie dni, ciężka trasa- do tego upał i skrzywione tarcze w obu kołach po glebie – nie było lekko, ale jakoś dałam radę:)

81623-rbob16-3083-giga-000101-rbob16_01_mpa_20160807_131218

Myślałam zawsze, że upał jest najgorszy na wyścigu. Myliłam się. Chłód i deszcz również może nas mocno wymęczyć.

Jednym z takich maratonów, którego nigdy nie zapomnę- był wyścig Strefy Sudety MTB w Głuszycy. Chociaż byłam w formie, to nagłe załamanie pogody (śnieg i temperatura ok. 0 st.) porządnie dało mi się we znaki. Palce u dłoni miałam tak odmrożone, że sprowadziłam rower na jednym z ostatnich zjazdów, bo już nie czułam, jak mocno zaciskam hamulce. Po wjechaniu na metę od razu rzuciłam rower na bok i przykucnęłam, wyjąc z powodu bólu… Wyglądałam jak zombie i trzęsłam się jak galareta. Myślałam, że bardziej już nie zmarznę. A jednak.. i tym razem również się pomyliłam;)
Na koniec sezonu wystartowałam (chociaż już nie musiałam) w finałowej edycji Bike Maratonu w Świeradowie Zdroju. Na górze śnieg, temperatura ok. 0 st, a do tego wszystkiego jeszcze deszcz. Nie miałam nawet ochraniaczy na buty ani czapki. Szybko przemokłam. Na zjazdach zmarzłam strasznie.. Już po 15 km tak mnie bolały z zimna kończyny, że myślałam poważnie o wycofaniu się z wyścigu… Ja jednak nie poddaję się tak łatwo.. W dodatku mój napęd zaczął świrować i łańcuch spadał mi kilkakrotnie podczas maratonu. Często prosiłam innych o pomoc, bo nie potrafiłam sama założyć łańcucha- po prostu z powodu odmrożenia nie czułam już palców u dłoni… Jeszcze nigdy nie mogłam tak doczekać się końca wyścigu. W końcu udało mi się dotrzeć na upragnioną metę- właściwie to prowadziłam rower, bo łańcuch znowu mi spadł :) Później telepałam się z zimna jeszcze przez dobrą godzinę od zakończenia wyścigu. I tym razem zostałam jednak nagrodzona za walkę do samego końca, bo… znowu wskoczyłam na pudło 😉

14877277_1086359778086436_1901392518_n

Wyzwanie ukończone!

Po 14 startach w maratonach – udało mi się ukończyć dwie klasyfikacje generalne na podium. To była świetna przygoda i na pewno będzie co wspominać. Maratony zapewniły mi nie tylko super zabawę i dużą dawkę adrenaliny. Podczas wyścigów poznałam również sporo, bardzo pozytywnych osób. Uwielbiam przekraczać granice własnego komfortu, a maratony dają ku temu sporo okazji. Nie raz byłam wystawiona na walkę z samą sobą… Ale dzięki temu potrafimy później cieszyć się z małych rzeczy, takich jak np. piwo i gofry w gronie znajomych po skończonym wyścigu, albo gorący prysznic po zimnej i brudnej trasie…
W tym roku sporo poświęciłam na rzecz maratonów – m.in. zrezygnowałam z długich wycieczek pow. 200 km, na które tak chętnie jeździłam w poprzednich latach. Jestem jednak szczęśliwa z osiągniętych wyników – kolejne wyzwanie z mojej listy zostało odhaczone. Teraz planuję kolejne… Na pewno w przyszłym roku chcę wystartować w kilku etapówkach, a inne wyzwania na razie jeszcze zachowam w tajemnicy:)

14600720_2120642171493511_585365365_o

I na koniec krótkie statystyki:

  • Ilość przejechanych maratonów: 14 (w tym 10 na dystansie giga w Bike Maratonie i 4 na dystansie mega w Pucharze Strefy Sudety Mtb)
  • Miejsca na podium: 7 ( w tym 3 razy na Bike Maratonie i 4 razy w Pucharze Strefy Sudety Mtb)
  • Miejsca w klasyfikacji generalnej open kobiet: 3 miejsce na dystansie Giga w Bike Maratonie i 2 miejsce w Pucharze Strefy Sudety MTB
  • Ilość kapci: 2 (na jednym maratonie)
  • Ilość gleb: 4 (ale niegroźne;)

Jeśli ktoś nie ścigał się jeszcze w maratonach, a planuje takie starty- to polecam artykuły: „Maratony MTB- pierwsze kroki”- część 1 i część 2.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *