przygody

Ferie na Gran Canarii

Podziel się tym artykułem:
20170220_133125

Do tej pory każdą zimę spędzałam w Polsce. Rok temu, po raz pierwszy poleciałam na urlop do cieplejszego, przepięknego miejsca- Teneryfy. Cudowne krajobrazy, dobre asfalty i idealna pogoda- tak mnie zachwyciły, że na tegoroczne ferie również zaplanowałam wyjazd do słonecznej Hiszpanii. Tym razem postanowiłam odkryć kolejną z Wysp Kanaryjskich- Gran Canarię.

Poprzedni rok był dla mnie dość pracowitym okresem, więc z niecierpliwością wyczekiwałam urlopu. W dodatku, zima nie odpuszczała, a ja byłam już tak stęskniona za słońcem, ciepłem i suchymi asfaltami, na których będę mogła śmigać elegancko na mojej szosie, że z utęsknieniem spoglądałam na kalendarz..

W końcu nadszedł ten cudowny moment. Prosto z pracy wsiadłam do auta i pojechaliśmy z Bartkiem do Krakowa na lotnisko. Urlop czas zacząć!:)

Buenos dias Gran Canaria!

Kiedy wysiadamy na lotnisku pogoda trochę rozczarowuje- jest pochmurno, wietrznie, pada drobny deszcz. Na szczęście temperatura nadrabia. Gdy wyjeżdżaliśmy z ośnieżonego Krakowa termometr wskazywał -8 st. Tymczasem na Gran Canarii jest 17 st. Całkiem spora różnica!:) Reszta dnia mija nam na ogarnianiu różnych spraw i rekonesansie okolicy. Mieszkanie wynajmujemy w Ingenio- dość dużym miasteczku położonym w południowej części wyspy.

20170213_164102>

Na drugi dzień jedziemy do znanej sieci wypożyczalni- Free Motion, aby odebrać nasze rowery. Jestem ciekawa, jak będzie wyglądać moja kanaryjska szosa. Dostaję model Specialized Parix- Roubaix- na hamulcach tarczowych i z amortyzacją. Przyznam, że początkowo jestem trochę sceptyczna- tym bardziej, że rower ten do lekkich raczej nie należy. Za to kolor od pierwszego spojrzenia wpada w oko- jaskrawy pomarańczowy kolor idealnie komponuje się z hiszpańskim klimatem. Guapa! – zachwala jeden z mężczyzn w wypożyczalni.

DSC01877

Pierwszego dnia bardzo mocno wieje, a nad górami kłębią się ciemne chmury. Postanawiamy więc obczaić słoneczne, bardziej płaskie wybrzeże. Powoli oswajam się z nowym rowerem. Nie jest to wcale takie łatwe- kierownica dużo szersza niż w mojej szosie, inna pozycja. Trochę trzeba kombinować ze zmianą ustawień. Przyzwyczaję się w końcu:)
Najważniejsze jest jednak to, że mogę już kręcić po gładkich i suchych asfaltach. Na krótko, bez czapki- znowu mogę poczuć wiatr we włosach. Cudowne uczucie!:) I do tego to powietrze- od razu czuć zmianę klimatu.

Jedziemy wzdłuż wybrzeża, spotykając na trasie sporo kolarzy. Po drodze zjeżdżamy do małego, portowego miasteczka, gdzie po raz pierwszy od roku mogę znowu spojrzeć na ocean. Fale rozbijają się o brzeg, a w powietrzu roznosi się zapach ryb z pobliskich kutrów. Słońce przyjemnie przygrzewa, a palmy kołyszą się na wietrze. Rozkoszuję się tą chwilą. W ogóle cały dzień zachwycam się wszystkim na nowo. Niby już znam te krajobrazy, ale taki skok z zimowych pejzaży do ciepłych krajów- to naprawdę niezły szok dla moich zmysłów. Każda palma, eukaliptus, kwiat, widok plaży i gór w oddali- wywołuje u mnie uśmiech na twarzy. Tak dużo, a jednocześnie tak niewiele potrzeba mi do szczęścia…

20170216_145016
20170211_161611
20170211_144545

Wkrótce dojeżdżamy do Maspalomas- jednego z największych miejscowości na wyspie. To typowo turystyczne miasto z piaszczystymi plażami. Znajduje się tutaj jedna z największych atrakcji Gran Canarii- piękne, rozległe i wysokie wydmy, które przypominają saharyjską pustynię. Termometr w słońcu wskazuje 25 stopni. Jemy lody i chwilę kręcimy po deptaku przy morzu. Troszkę lenistwa nie zaszkodzi- w końcu jest pora sjesty;)

Wracamy przez cudny wąwóz w stronę Aguimes- od razu ilość przewyższeń wzrasta. Pierwsze dłuższe podjazdy. Lekko nie będzie, ale… po to tutaj też przyjechaliśmy;)

Pierwsze podjazdy i mandarynki w Las Vegas

Od rana za oknem słychać, jak hula wiatr. Według prognoz dzisiaj ma wiać ponad 40 km/h. Tak, Gran Canaria to dość wymagająca wyspa- może i słoneczna, ale bardzo górzysta i wietrzna. Kierujemy się na zachód od Ingenio w stronę Telde. Na początku wieje tak mocno, że momentami wiatr aż zatrzymuje mnie w miejscu. Na szczęście już po chwili zaczynamy nieśmiało zapuszczać się w głąb wyspy. W pięknym, zielonym wąwozie wiatr znacznie słabnie. Cicho tutaj i spokojnie. Przez chwilę eksplorujemy małe, nieturystyczne wioseczki dojeżdżając do samego Las Vegas;) Korzystając z okazji kradnę kilka mandarynek z przydrożnego drzewka;) Mmmm.. Jakie słodkie i soczyste!

20170212_143016
DSC01906
20170212_130512

Po krótkiej przerwie w barze z tapas, czyli lokalnymi przekąskami- ruszamy na pierwszy, dłuższy podjazd. 15 kilometrów pod koniec dnia trochę daje mi popalić- dawno nie pokonywałam tak długiego wzniesienia. Słońce zaczyna już zachodzić, kiedy rozpoczynamy dłuuugi zjazd do Ingenio. Rewelacja! Jak na początku narzekałam na tarczówki- tak od teraz zmieniam zdanie. Hamulce tarczowe świetnie spisują się na tych sztywnych, krętych zjazdach- można się nieźle rozpędzić i mamy o wiele lepszą kontrolę nad rowerem. Doceniam to zwłaszcza po przesiadce z powrotem na moją szosę..

DSC01908
DSC01911
20170212_182007

Kanariko romantiko, czyli hardkorowe Walentynki

Nigdy specjalnie nie obchodziłam Walentynek, więc tego dnia z miłości do roweru i górskich krajobrazów- zaplanowałam dość wymagającą trasę. Do miasteczka La Aldea de San Nicolas docieramy autem. Stąd planujemy przejazd wybrzeżem aż do Agaete. Niestety, po pokonaniu podjazdu okazuje się, że droga jest zamknięta. Przy szlabanie stoi budka z jedzeniem. Pytam się pracującego tam Hiszpana, czy da radę przejechać rowerem. Juice, coffe, buenos dias?– odpowiada. Powtarzam pytanie, ale odpowiedź znowu jest taka sama. Aha, czyli się nie dogadamy…To jedyny taki mniej miły akcent na wyspie… Trudno, musimy zawrócić i zmienić nasze plany. Na szczęście, dojechaliśmy chociaż do słynnego punktu widokowego, z którego widać pięknie, strome klify, a jeśli się dobrze przypatrzymy- to na horyzoncie możemy dostrzec szczyt wulkanu Teide na Teneryfie.

20170214_103649

Z San Nicolas postanawiamy wbić do górzystego wnętrza wyspy podjazdem, którym mieliśmy początkowo wracać. Jak dobrze, że tamta droga była zamknięta, bo to według mnie najlepsza trasa na całej Gran Canarii. Długi podjazd prowadzi przez skalny wąwóz. Krajobrazy jak w Arizonie. W pewnym momencie mija nas peleton wycieczki z Free Motion i mam okazję pościgać się trochę na stromych serpentynach z jedną rowerzystką;)

20170214_121734
20170214_115949
20170214_112139-1

Wkrótce, po dość długiej wspinaczce, dojeżdżamy do Tejedy- bardzo urokliwego, górskiego miasteczka. Chwila przerwy na lody, gdzie zagaduje nas jedna Polka. Już po chwili okazuje się, że zna Karolinę Kozelę, do której jedzie w odwiedziny- taki ten świat mały:)

20170214_135744
20170214_135632

Okolice Tejedy to już typowy interior- najciekawsza część wyspy. Tego dnia pogodę mamy piękną. Podziwiamy cudne formacje skalne i księżycowy krajobraz. Z miejscowości Ayacata czeka nas kolejny, pięknym i długi zjazd ze sporą liczbą zawijasów. Jeszcze tylko 300 m podjazdu w pionie i wracamy do auta. Ponad 100 km i 3 tys. przewyższeń- takie Walentynki to ja rozumiem:)

20170214_123942
20170219_132055
20170214_133520-1

Urodziny na Pico de las Nieves

15 lutego obchodziłam moje 30-ste urodziny. Nie ma czego ukrywać, bo młodość to stan umysłu, a rower odmładza o dobrych kilkanaście lat:) Jednak jakieś tam refleksje w głowie się pojawiają… Dla mnie najlepszym prezentem to super wycieczka rowerowa po górach, więc dzisiaj przerwy nie było..

Spod domu w Ingenio rozpoczynamy od razu długi i sztywny podjazd na najwyższy szczyt wyspy- Pico de las Nieves (1949 m. n.p.m) o długości ok. 25 km (byłby dłuższy z samego dołu od morza). Niezła sztajfa, a nachylenie momentami jest naprawdę wysokie i to na długim odcinku. Zdecydowanie najtrudniejszy podjazd, który robiłam tutaj na wyspie.Tuż przed szczytem droga wije się między uroczym, świerkowym lasem.

20170215_133051
20170215_124800
20170215_131630

Sam szczyt nie zrobił jednak na mnie dużego wrażenia.. zdecydowanie ciekawej jest trochę niżej w okolicach Tejde..Jednak pokonanie tak długiego podjazdu i wbicie na wysokość prawie 2 tys. m- to super urodzinowy prezent:)

20170215_141005
20170216_180209

Do Igenio wracamy zjeżdżając przez San Bartoleme. Mamy szczęście, bo nad interior nadciągają deszczowe chmury i po chwili zaczyna dość intensywnie padać. Zjeżdżamy szybko do Santa Lucia, gdzie postanawiamy przeczekać deszcz w kawiarence i przy okazji zjeść tiramisu do kawy. Do zmroku zostało już niewiele czasu, więc chcąc nie chcąc- musimy wsiąść na mokre siodełka i dojechać do Ingenio. Pagórkowata trasa szybko mnie rozgrzewa i pomimo deszczu jedzie się całkiem fajnie. Tutaj po raz kolejny wychwalam hamulce tarczowe- zupełnie inny komfort jazdy. Po raz pierwszy od przyjazdu z radością wskakuję pod ciepły prysznic:) Po trzech tak intensywnych dniach należy się nagroda- tym bardziej w urodziny. Na kolację wciągam caluteńką, pyszną pizzę:)

20170215_140358

Teror i interior

Po trzech dniach kręcenia przyszedł czas na lajtową jazdę. Pakuję więc strój kąpielowy do kieszonki i jedziemy nad ocean. Woda o tej porze roku może nie jest super ciepła, ale bez większego ociągania się wskakuję w morskie fale:) Po kąpieli robimy podjazd do Wąwozu Guanczów (pierwszych mieszkańców Wysp Kanaryjskich) o dość stromej końcówce, gdzie znajdują się pozostałe po nich liczne jaskinie przerobione na domy i restauracje. W jednej z takich knajpek jem lokalny przysmak papas arrugadas– słodkie, pieczone ziemniaczki z pikantnym, czosnkowym sosem mojo rojo- pycha!!

20170216_132329
20170216_134934
20170216_165047

Po drodze zajeżdżamy jeszcze na chwilę do Aigumes- miasteczka o ślicznym centrum z klimatycznymi, wąskimi uliczkami i oryginalnymi rzeźbami.

20170216_180606
20170216_175443
20170216_174910
20170216_174121

Po dniu „rozjazdu” przyszedł czas na kolejny, mocniejszy akcent. Tym razem postanowiliśmy zobaczyć jedno z bardziej urokliwych miasteczek na wyspie o jakże uroczej nazwie- Teror:) Dojeżdżamy tam od strony Ingenio (swoją drogą świetne mamy położenie naszego apartamentu- wszystkie fajne podjazdy są dość blisko) zaliczając po drodze kilka niespodziewanych sztajf (czyt. skrótów wyznaczonych przez Stravę:)) w okolicznych miasteczkach. Robimy krótką przerwę w centrum Teroru, gdzie można podziwiać typową, piękną hiszpańską zabudowę- domy z drewnianymi balkonikami.

20170217_134139

Od Teroru rozpoczynamy długi podjazd do interioru wyspy i po raz drugi zdobywamy Pico de las Nieves.

20170217_170907

Kwitnący port w Mogan

Kolejny dzień to już dojazd autem do miejscowości Arguineguin, skąd słonecznym wybrzeżem kierujemy się na Puerto de Mogan. Pagórkowata droga jest oblegana przez kolarzy. Nic w tym dziwnego, bo trasa znajduje się tuż przy oceanie z widokiem na skaliste klify i pływające w oddali statki. Do portu docieramy na kole irlandzkiego peletonu starszych panów w rytmie hiszpańskiej muzyki, która leci z ich głośników:)

20170221_121153

Sam port w Mogan jest przepiękny- taka mini Wenecja. W pobliżu portu jachtowego znajdują się śliczne, wąskie uliczki z białymi domkami, które porastają pnące się kwiaty. Barwne, kwieciste kaskady tworzą cudowny kontrast na tle białych kamienic. Aż chce się tutaj usiąść i zostać na dłużej..

20170219_115211
20170221_161105
20170219_115421

Ale podjazd czeka. I to nie byle jaki. Mieliśmy już okazję nim zjeżdżać kilka dni wcześniej- teraz trzeba zaliczyć go od drugiej strony:) Podjazd idzie mi całkiem sprawnie. Po drodze spotykam grupkę rowerzystów z Polski. W Ayacate zatrzymujemy się na zimny napój w barze, po czym zjeżdżamy inną drogą do naszego auta. Dalej w kierunku na Roque Nublo można kontynuować jeszcze podjazd na Pico, ale my postanowiliśmy zostawić go sobie na później…

A miało być tak pięknie….czyli nieudany atak na Pico

Wyczytałam w źródłach, że najdłuższy podjazd na Gran Canarii zaczyna się od wybrzeża Maspalomas i prowadzi na szczyt Pico de las Nieves. Znaleźliśmy więc odpowiedni segment na Stravie i postanowiliśmy odhaczyć tę trasę z naszej listy życzeń. Niestety, to był pechowy dzień. Najpierw okazuje się, że droga do Maspalomas jest zamknięta z powodu robot drogowych i nijak nie da się jej objechać, bo na autostradę rowerami przecież nie wbijemy. Po prawie godzinnej rozkminie, co dalej i szukaniu innej drogi- w końcu decydujemy się na przypał pojechać przez remontowany odcinek. Udaje się, ale trochę czasu straciliśmy. Szkoda, bo dni nie są tutaj aż tak długie (słońce zachodzi o 18.30).

20170220_132859

W końcu rozpoczynamy właściwy podjazd. W pobliżu Mundo Aborigen chwila przerwy na tarasie z pięknym widokiem na skaliste szczyty. Sam podjazd trochę nas rozczarował, bo nie jest jednostajny, ale często ma fragmenty zjazdów.
Kiedy mijamy San Bartolome słońce zaczyna chować się za chmurami. Robi się chłodniej. W głębi temperatura spada do…. kilku stopni! Lekko mży, a Pico de las Nieves jak i zresztą cały interior- tonie w ciemnych, niepokojących chmurach. Jakby tego było mało- gubimy ślad podczas nawigowania i zjeżdżamy w złym kierunku, prawie do samego Tejde. Na zjeździe wieje tak zimny, przenikliwy wiatr, że marznę strasznie- tym bardziej, że jadę na krótko i mam tylko cienką wiatrówkę. Momentalnie odechciewa mi się dalszej jazdy- marzę o ciepłym prysznicu i pizzy. Ale póki co, czeka nas bonus, czyli powrót i podjazd pod 300-metrowe wzniesienie.

Kiedy dojeżdżamy do Ayacate, postanawiamy zrezygnować z ataku na Pico ze względu na kiepskie warunki i zjeżdżamy tak jak kiedyś do Santa Lucia, skąd już mamy prosto do domu. Przynajmniej będzie powód, żeby jeszcze tutaj wrócić- chociażby za rok:)
Wniosek z dzisiejszej jazdy jest taki: jeśli widzisz, że nad interiorem gromadzą się chmury- to jeździj lepiej przy wybrzeżu i na wysokości maksymalnie do 1 tys m. n.p.m.:)

Zimna, mglista północ

Kolejny dzień to lajtowa jazda trasą przez Puerto de Mogan, którą już kiedyś robiliśmy- tylko, że od drugiej strony. Ja już tak mam, że jak zobaczę fajny zjazd, to muszę go też podjechać, bo jednak podjazdy to jest to, co kocham najbardziej na rowerze:)

20170214_154836

A potem przyszedł smutny moment…. Ostatni dzień jazdy rowerem po Gran Canarii. Mój smutek chyba się udzielił wyspie, bo tego dnia chmurzyło się i padało prawie cały dzień- była to najgorsza pogoda w trakcie naszego pobytu. Pamiętacie, co napisałam chwilę wcześniej, kiedy opisywałam nieudany atak na Pico? Kiedy jest pochmurno, lepiej nie pchać się w góry. A co zrobiła Bożenka? Pojechała nie dość, że w północne rejony, które są chłodniejsze i bardziej deszczowe- to jeszcze postanowiła pokręcić trochę po interiorze. Brawo ja!:) No i dostałam, to co chciałam…czyli wypizgało mnie konkretnie;) Ale o tym za chwilę…

20170222_115451

Do miejscowości Santa Mardia de Guia obok Galdaru dojeżdżamy autem. Podczas całego urlopu udało nam się zwiedzić prawie całą wyspę. Tylko ta północ została nieodkryta, więc mimo złej pogody nie mogłam sobie jej odpuścić:)

20170222_140736
20170222_135620
20170222_141044

Kiedy dojeżdżamy na miejsce pada…i to mocno. Czekamy chwilę w aucie, ale po chwili deszcz ustaje. Wskakujemy na rowery i od razu zaczynamy podjazd. Z małymi zjazdami po drodze- wspinamy się do góry prawie 25 kilometrów. Północne rejony są mniej turystyczne, bardziej dzikie i baardzo zielone. Szkoda tylko, że nie mogę podziwiać za bardzo krajobrazów, bo wszystko tonie w gęstej mgle. Im wyżej tym coraz chłodniej… Powyżej 1 tys. m n.p.m. wjeżdżamy już w takie chmury, że widoczność sięga kilku metrów. Sceneria klimatyczna i trochę straszna niczym z jakiegoś filmu grozy. Na szczęście nie pada. Ludzie w autach patrzą na mnie zdumieni- jadę zupełnie na krótko mimo, że na temperatura wynosi zaledwie 2-3 stopnie. No, ale ja już tak mam, że szybko się rozgrzewam…a teraz ciągle mamy długi podjazd:)

Wjeżdżamy na wysokość ponad 1 400 m do Cruz de Tejeda i robimy małe kółeczko wewnątrz górzystej części wyspy. Trasa miała być trochę dłuższa, ale zła pogoda i zero widoków skutecznie zniechęcają nas do dalszej jazdy- znowu będzie powód do powrotu w te rejony:)

20170222_150534

Teraz pora na zjazd. Brrrr! Już na samą myśl robi mi się zimno. Zjeżdżam szczękając zębami, ale najgorszy jest ból zmarzniętych palców u dłoni. Co kilka kilometrów zatrzymuję się więc, aby je trochę rozgrzać. Na szczęście, z każdym kilometrem zjazdu robi się coraz cieplej i poniżej 500 m n.p.m jest już całkiem znośnie. Ufff…Jaka ulga po dojechaniu do auta! Przypomniał mi się od razu zimny Bike Maraton w Świeradowie Zdroju. Od 25 stopni do zaledwie 2- temperatura na Gran Canarii potrafi zaskoczyć- zwłaszcza w górach. Przynajmniej zahartowałam się trochę, a mój organizm nie przeżyje teraz takiego szoku klimatycznego po powrocie do Polski:)

Adios Gran Canaria!

Mój pobyt na Wyspach Kanaryjskich dobiegł końca- aż żal było wracać. Najchętniej przeprowadziłabym się tutaj na stałe:) Będzie mi brakować tcyh pięknych okolic i klimatu…
Gran Canaria to piękna wyspa, na której jest wszystko, czego mi potrzeba do szczęścia- dobra pogoda, świetne drogi i górzysty teren. Wyspy Kanaryjskie będą już chyba moim stałym punktem podróży w trakcie zimowego urlopu. Taki wyjazd to dla mnie nie tylko świetne przygotowanie nogi pod nowy sezon, ale przede wszystkim forma odpoczynku i doładowanie baterii na kolejne pół roku, czyli do następnych wakacji.

20170217_175420

Na koniec krótkie podsumowanie:

Ilość dni na wyspie: 12, 5 (pół dnia po przyjeździe o 13.00 na lotnisko)
Liczba dni spędzonych na rowerze: 10
Liczba wykręconych kilometrów: ok. 900 km
Najwięcej kilometrów w ciągu jednego dnia: 134 km
Najwięcej przewyższeń w ciągu jednego dnia: ok. 4 tys. m
Łączna suma przewyższeń: ponad 25 tys. m

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *