przygody

Bikepacking w Alpach

Podziel się tym artykułem:
Bikepacking w Alpach

35 dni górskiej przygody, w tym ponad 58 tys. przewyższeń i sporo pięknych przełęczy po drodze.. czyli wakacyjny bikepacking w Alpach.

Bikepacking- czyli minimalizm podróżniczy

Od kilku lat spędzam wakacje na rowerze. Wcześniej jeździłam m.in. po Korsyce i Norwegii z sakwami. W zeszłym roku podczas TransAlpu po raz pierwszy spróbowałam innej formy podróżowania- bikepackingu. Spodobało mi się. Minimalistyczny ekwipunek- plecak i trzy torby. Łącznie 8 kg bagażu i duża swoboda, zwłaszcza jeśli chodzi o jazdę w wymagającym, górskim terenie. W tym roku dostałam dłuższy urlop i postanowiłam go dobrze wykorzystać. Wybór trasy był oczywisty– Alpy zachwyciły mnie pięknymi krajobrazami i technicznymi ścieżkami. Szybkie pakowanie i można ruszać w drogę!

Na głęboką wodę…

Na miejsce dojeżdżamy z Jarkiem busem. Start późnym popołudniem w miejscowości Ischl w Austrii. Ciężki plecak na początku przeszkadza na podjazdach. Mam chwilę zwątpienia. Czy ja dam radę jeździć po górach z takim obciążeniem? Chwila wspinaczki i nocleg na ponad 2 000 m n.p.m z widokiem na ośnieżone szczyty, zza których nieśmiało zagląda księżyc w pełni.

DSC02443

Z rana kawałek podjazdu, a potem wpychanie rowerów na 2 608 m (przełęcz Fimberpass), bo dalej jechać już się nie da. Musimy się przedostać do Szwajcarii. Pierwsze przeprawy przez śniegi i pierwsze spotkania ze świstakami. Warto jednak pomęczyć się dla takich widoków! Pierwszy dzień naszej górskiej wyprawy i na sam początek taka wymagająca trasa. Nie ma to jak szybka aklimatyzacja!

DSC02651
DSC02486
DSC02610
DSC02571
DSC02613

Drugi dzień to spora dawka adrenaliny– przejście przez dolinę Val d’Uina. Piękny kanion i ścieżka wykuta w skalistym zboczu robią niesamowite wrażenie! Momentami, na miękkich nogach przeprowadzam rower tuż nad przepaścią. Niektórzy odważni rowerzyści poruszający się w przeciwnym kierunku, próbują nawet zjeżdżać.

Po wyjściu z doliny docieramy na piękną, zieloną halę– już po włoskiej stronie. Można znowu wskoczyć na rowery, wypić piwo w schronisku i rozkoszować się jazdą po tych pięknych terenach.

DSC02703
DSC02726
DSC02747
DSC02771

Trzeci dzień jest niezwykle atrakcyjny jeśli chodzi o trasę i widoki. Początek to asfaltowy podjazd na słynną przełęcz Passo dello Stelvio. To tam po raz pierwszy zaczynam marzyć o szosie, kiedy widzę mijających mnie kolarzy, którzy z lekkością pokonują kolejne serpentyny. Podjazd przypomina mi spaghetti- 48 zakrętów, na których można się porządnie zmęczyć.

DSC02925
DSC02944
DSC02888

Po szosowych doznaniach pora na powrót do terenu. I to jakiego! Cudne single na zboczach gór, szutrowe ścieżki. A do tego jeszcze burza w tle, która wymusza szybsze tempo.

DSC02899
DSC03050
DSC02946
DSC03077
DSC03131
DSC03142

Dzień czwarty to zjazd do rowerowego raju- Livigno. Chwila, żeby nacieszyć się cywilizacją i zrobić większe zakupy, bo już niedługo ponownie odbijamy w teren. Tym razem celem jest przełęcz Passo da Val Viola (2 460 m), na którą udaje nam się dotrzeć bez większych problemów.

Słońce zaczyna już powoli chować się za górami. Pora znaleźć jakiś nocleg. Przez większą część wypadu śpimy „na dziko”. Na górze trochę wieje, a wśród skał ciężko o odpowiednie miejsce do rozstawienia hamaku. Do zmroku zostało nam jeszcze trochę czasu. Decydujemy się więc na zejście do jeziora, bo o zjeździe po tych skałach nie ma nawet mowy.
Jednak szybko okazuje się, że jest to bardzo zła decyzja. Zejście z każdym metrem robi się coraz trudniejsze i niebezpieczne. Jest stromo, a na trasie pełno wielkich głazów. Jarek pomaga mi znosić rower, ale kosztuje go to sporo sił. Trochę obija siebie i rower, rozwalają mu się całkowicie buty. W systemie zmianowym- najpierw jeden rower, a potem drugi- udaje się w końcu bezpiecznie zejść do jeziora tuż po zapadnięciu zmroku. Stresujący koniec dnia na szczęście dobiegł końca- można ugotować sobie coś ciepłego na kolację i wpakować się do śpiwora.

DSC03259
DSC03235
DSC03229

Cały następny poranek ciągnie się leniwie, bo wymęczeni jesteśmy po wczorajszych przygodach i póki co dosyć mamy tak ekstremalnych przeżyć. Słoneczko ładnie grzeje- trzeba to wykorzystać na doładowanie baterii- dosłownie i w przenośni. Ogarniam się trochę- myję włosy i robię pranie. Jarek za pomocą kleju i igły naprawia swoje buty.

Popołudniu decydujemy się na zjazd. Ponownie znajdujemy się po szwajcarskiej stronie. Na dole panuje straszny upał. W dodatku mamy problem z nawigacją na trasie- sporo czasu tracimy na błądzeniu. Zaczynam żałować, że nie zrobiliśmy sobie jednak całodniowej przerwy nad tym jeziorkiem.
Kiedy w końcu znajdujemy właściwy szlak- łapie nas burza i siedzimy pod jakąś szopą ponad godzinę, zastanawiając się, co robić dalej. Rozwieszamy hamak między świerkami w lekkiej niepewności, bo ponownie nadciągają burzowe chmury. Na szczęście i tym razem noc jest spokojna.

DSC02698

Kolejny dzień i kolejna wspinaczka. Tym razem na wysokość ponad 2 600 m . Po krótkim, wymagającym podjeździe pojawia się jednak problem. Powyżej 2 tys. metrów szutrowa droga urywa się, a zamiast niej do góry wije się wśród skał pieszy szlak. Oczywiście nie do podjechania. Siadamy na kamieniach i rozkminiamy, co robić dalej. Po ostatnich akcjach na tego typu ścieżkach mieliśmy odpuścić sobie ich dalszą eksplorację na rowerach. Niepotrzebne ryzyko i starta sił. Ale z drugiej strony … na przełęcz zostało niecałe 600 metrów. Czy opłaca się teraz zjeżdżać i robić objazd asfaltem przez ponad 50 km? Jarek poświęca się, zostawia rower i biegnie na górę obczaić, jak wygląda trasa.
Wraca po godzinie. Szlak do podejścia. Na górze jest znak ze ścieżką rowerową. No to mamy dylemat. Całe szczęście, że jesteśmy tak samo nakręceni na wyzwania i podejmujemy zgodną decyzję (inaczej nie wytrzymalibyśmy ze sobą tyle czasu w podróży). Idziemy! I pchamy, wnosimy rowery po skałach. Tylko 600 m, ale zajmuje nam to ponad 2 godziny. Dodam, że jestem drobna i niska więc wpychanie roweru po skałach i to z bagażem- kosztuje mnie sporo wysiłku. Kończą nam się zapasy jedzenia. Upał dodatkowo wysysa z nas energię. Ramiona spalone słońcem pieką strasznie. Na szczęście na szlaku są strumienie, gdzie można się trochę schłodzić i nabrać wody do bukłaków.

W końcu udaje nam się dostać na przełęcz. O i nawet spotykamy pierwszego turystę na szlaku! Fajnie wiedzieć, że nie wylądowaliśmy na jakimś zupełnym odludziu. A jednak … okazuje się, że to nie turysta, a pasterz, który przyszedł tutaj zaganiać kozy!

DSC03320

Po krótkiej przerwie pora na zejście. Ktoś miał fantazję, że oznaczył to jako szlak rowerowy, bo tego nawet na enduro nie dałoby się przejechać. W pewnym momencie dochodzimy do łańcuchów, których sama w życiu bym nie pokonała z rowerem bez pomocy Jarka. Trochę stresu, ale ostatecznie udaje nam się przebić na włoską stronę. Zatrzymujemy się w schronisku, żeby zjeść pizzoccheri- lokalny przysmak, a potem możemy już wsiąść na rowery i zjechać do miasteczka Poschiavo. To był ciężki dzień- 17 km pchania i znoszenia roweru. Śmiejemy się, że wymyśliliśmy nową dyscyplinę- trekking rowerowy:)

DSC03327
DSC03306

To był bardzo intensywny tydzień. Sporo się działo i nieźle się wymęczyliśmy zdobywając górskie przełęcze.

We Włoszech eksplorujemy przez chwilę górskie ścieżki, ale na terenach gdzie się znajdujemy szlaki nie są zbyt uczęszczane. Po dwóch dniach błądzenia- odpuszczamy i zjeżdżamy na niziny. Panuje tam zupełnie inny klimat- jeszcze większy upał, palmy i ciepłe jeziora, w których można się wreszcie porządnie wykąpać. Na asfaltowych drogach można trochę odpocząć. Jeden dzień spędzamy leniwie nad jeziorem. Bierzemy też pierwszy od 10 dni nocleg. Idealny moment, żeby trochę podładować akumulatory, zrobić pranie. No i wziąć wreszcie ciepły prysznic!:)

DSC03289
DSC03381

3 300- mój rekord wysokości

Po tygodniu lżejszego kręcenia z przewagą asfaltów- pora na najważniejszy punkt wypadu- majestatyczny, bajeczny Matterhorn.
Wcześnie rano start z włoskiej miejscowości Cervinia. Czeka nas dzisiaj niezła wspinaczka- na ponad 3 tys. m! Tak wysoko jeszcze nie byłam… Jednocześnie dręczy mnie stałe uczucie niepewności. Nie wiemy, czy damy radę przebić się na szwajcarską stronę. Wtedy cały trud poświęcony na tygodniowy dojazd w te rejony poszedłby na marne..
W teren wbijamy się tuż przy wyciągach. Jest stromo. I to bardzo. Większą część trasy udaje mi się podjechać. Wygląda to jednak mniej więcej tak: chwila podjazdu-przerwa-podjazd-przerwa. Im wyżej, tym zadyszka jest większa i trudniej wrócić do normalnego oddechu.

DSC03484
DSC03528

Ostatnie 300 metrów to wpychanie rowerów po skałach. Na koniec podejście po śniegu. Słońce chowa się za chmurami. Zrywa się lodowaty wiatr. Zanosi się na deszcz. Nogi zapadają mi się w śniegu i po chwili mam już całe przemoczone buty. Zaczynam marznąć. Nie wiemy, co nas czeka na przełęczy. Marzę, aby na górze było czynne schronisko, gdzie będę mogła się trochę ogrzać.

DSC03565

Moje prośby zostają wysłuchane. Akurat w schronisku Teodulo nakrywają do kolacji. Jest już późne popołudnie, pogoda niepewna. Nie chcemy popełnić błędu sprzed kilku dni i wpakować się znowu pod wieczór na niepewne zejście. Długo się więc nie wahamy i bierzemy nocleg z kolacją na wypasie: spaghetti, kasza z gulaszem, pudding i piwo! Dawno tak się nie najadłam. Zostaję też poczęstowana regionalną wódką z kwiatów alpejskich. Nieźle rozgrzewa! W środku przyjemnie ciepło i wesoło. To typowe wysokogórskie schronisko, bez ciepłej wody, ale są za to łóżka do spania. Tak mało, a zarazem tak wiele. To właśnie w takich chwilach uświadamiam sobie, jak niewiele potrzeba mi do szczęścia i za to kocham podróże.
To był piękny dzień ze szczęśliwym zakończeniem. W dodatku udało mi się pobić mój rekord wysokości z rowerem- 3 317 m to niezły wynik!

DSC03567
DSC03606

Rano powraca niepewność. Chociaż na zewnątrz piękna pogoda i bezchmurne niebo, tak w mojej głowie pełno ciemnych myśli. Wczoraj jedna Francuzka zapytała się, czy mamy liny, kiedy powiedzieliśmy jej, że chcemy zejść do Szwajcarii. Na zjazd nawet się nie nastawiamy. Na mapie widać, że pierwsze 300 metrów to lodowiec. Nauczeni doświadczeniem ostatnich dni- nastawiamy się na niezły hardkor, a nawet powrót do Włoch. Tego jednak byśmy bardzo nie chcieli. Szwajcaria jest przecież już tak blisko!

DSC03648
DSC03655

Ubieramy się cieplej, zakładamy nieprzemakalne skarpety i sprowadzamy rowery po śniegu. Nie jest tak źle! Momentami nawet da się zjeżdżać. Przejeżdżający obok narciarze patrzą na nas z niedowierzaniem. Początkowo mamy niezłą zabawę. Powoli opuszczamy tę krainę wiecznego śniegu…

DSC03697

I wtedy zaczyna się robić dość ekstremalnie. Już na samej końcówce topi się śnieg. Trzeba bardzo uważać po wkoło pełno głębokich szczelin. Z początku to ignoruję. Do czasu, kiedy nie zapadam się po kolano. Robi mi się gorąco ze stresu, bo pod nogami nie czuję gruntu! A w dole płynie wartko lodowata rzeka. Jarek podaje mi rękę i ostrożnie wydostaję się z pułapki. Przypomniały mi się słowa Francuzki. Bierzemy linę od hamaka i związujemy się nią, poczym ostrożnie stąpamy po lodowcu omijając niepewny grunt. W końcu udaje nam się opuścić to koszmarne miejsce!

DSC03722
DSC03734
DSC03742

Pojawia się szutrowa ścieżka. Docieramy pod wyciąg u stóp Matterhornu. Wreszcie mogę podziwiać tę piękną górę z bliska! Adrenalina puszcza, za to endorfiny szaleją. Udało się przebić do Szwajcarii! Teraz to już raczej bez większych przygód przedostaniemy się do Zermattu- najsłynniejszego, szwajcarskiego kurortu narciarskiego.

Kilka godzin mija nam na zejściu (momentami nawet udaje się zjechać niektóre odcinki) do miasteczka i w końcu można w pełni odetchnąć z ulgą. Kolejny etap podróży za nami.

DSC03910
DSC03914
DSC03761
DSC03792
DSC03830
DSC03931

Przez szwajcarskie Alpy terenem- szlak Bike 1 Alpine

Ostatnie dwa tygodnie naszej wyprawy to przejazd przez Alpy szwajcarskie szlakiem Alpine Bike 1. Trasa składa się z 16 etapów i ma łącznie 665 km (w tym 335 km po nieutwardzonej nawierzchni i 53 km singli) i ponad 21 tys. m przewyższeń. Prowadzi z jednego końca Szwajcarii na drugi- od miejscowości Scuol do Aigle (lub na odwrót, tak jak my jechaliśmy).

Jest to świetna propozycja dla osób, które chcą pośmigać w tych rejonach, ale mają problem z wyznaczeniem odpowiedniej trasy. Szlak jest przeważnie bardzo dobrze oznakowany i prawie w całości poprowadzony terenem. Trasa w większości jest przejezdna- momentami zdarzają się odcinki, na których trzeba prowadzić rower. Osoby, które szukają ekstremalnych wyzwań mogą być jednak trochę rozczarowane- nie ma tutaj bowiem zbyt wiele hardkorowych odcinków.

DSC05027

Wymęczeni przygodami na alpejskich ścieżkach, bez większego namysłu wybieramy jednak opcję przejazdu Bike Alpine 1. I był to bardzo dobry wybór. Dzienne odcinki pokonujemy bez większych problemów. Nie ma już niebezpiecznych podejść ani zejść. Kondycyjnie i technicznie trasa jest mniej wymagająca, więc mamy wrażenie, jakbyśmy dopiero teraz rozpoczęli wakacje. Taka chwila wytchnienia po wcześniejszych trudach podróży. Dwa tygodnie na tym szlaku mija nam spokojnie, bez większych przygód.

DSC04500
DSC04190
DSC04241
DSC04261
DSC03988
DSC04703

Na mnie trasa ta nie wywarła większego wrażenia, ale to pewnie dlatego, że oswoiłam się trochę z alpejskimi widokami i wcześniej byłam już na trudniejszych, wyżej położonych szlakach. Nie oznacza to jednak, że Bike 1 Alpine pozbawiony jest ciekawych i malowniczych tras. Poniżej znajdziecie najciekawsze według mnie etapy tego szlaku:

Etap 12: Interlaken- Grindelwald- Z Eigerem w tle

Jeśli lubicie długie podjazdy, to ten etap z pewnością wam się spodoba. Ponad 20-kilometrowy podjazd na wysokość ponad 2 tys. metrów. daje popalić, zwłaszcza początkowy, bardzo stromy odcinek do Grindelwald. Później jest już tylko łatwiej i piękniej. Przez resztę szutrowego podjazdu możemy podziwiać ośnieżoną, północną ścianę słynnej góry Eiger. Robi wrażenie!

DSC04017
DSC04053

Etap 9: Andermatt- Disentis– kawałek porządnego singla

Początek to szutrowa ścieżka, która szybko przeradza się w singla. Niestety, trzeba się tutaj nastawić na podprowadzanie rowerów, ale cudne widoki na Przełęczy Maighel Pass rekompensują nam ten cały trud. Potem, w nagrodę czeka nas zjazd pięknym singlem z niesamowitymi widokami na górskie szczyty.

DSC04539
DSC04577
DSC04636

Etap 4: Bivio- St. Moritz– cudne szutrówki nad jeziorem

Trasa wyjątkowo urozmaicona. Na początek podjazd na 2 300 m po szutrowej nawierzchni, a potem kawał porządnego, trudnego technicznie singla. Kawałek asfaltowego podjazdu z serpentynami do Majola Pass. Końcówka etapu to niezwykle malownicza trasa nad jeziorem poprowadzona przyjemnymi, szutrowymi ścieżkami.

DSC04943
DSC04923
DSC04860

Etap 2: Livigno- Tschierv– dolina świstaków

Bardzo malownicza trasa z szutrowymi ścieżkami i uroczymi singlami. No i spotkać można tutaj naprawdę sporo świsatków!

DSC05568
DSC05508
DSC05491
DSC05631
DSC05606

Koniec alpejskiej przygody…

Po dwóch tygodniach spędzonych na kręceniu w Szwajcarii na szlaku Bike 1 Alpine docieramy ponownie do Austrii, gdzie pakujemy się do busa i wracamy do Polski. To były cudowne wakacje- pełne niesamowitych widoków, wrażeń, przygód. Pora pożegnać się z Alpami. Myślę jednak, że to rostanie nie będzie zbyt długie i za rok znowu zawitam w te rejony:)

DSC05238
DSC05200
DSC05185
DSC05279
DSC03877

Na koniec krótkie podsumowanie:

  • Czas trwania wypadu: 35 dni
  • Przebyty dystans: 1800 km
  • Suma przewyższeń: 58 tys. metrów
  • Liczba noclegów na dziko: 30 nocy
  • Liczba noclegów w hostelach: 4 noce
  • Ilość deszczowych dni: jeden i to niecały- przez ponad miesiąc było słonecznie i upalnie
  • Ilość gleb: zero:)
  • Ilość kapci: zero:)

Jeśli chcielibyście zorganizować podobną wyprawę, to napisałam również artykuł z praktycznymi wskazówkami.

Komentarze

  • Bożena, jestem pod wrażeniem rozmachu, z jakim wykonaliście (zapewne wspólnie z Jarkiem) tą stronę.
    Opisy, jakość zdjęć, wszystko jest naprawdę PRO!!!
    Gratuluję i oby tak dalej :)

  • Super wyprawa! Mega podoba mi się koncept, realizacja i wszystko. Zainspirowałam się, żeby też w taki sposób podróżować, mam nadzieję, że uda się to w niedalekiej przyszłości zrealizować, zaczynając od jakiegoś wypadu po Polsce, bo kocham góry i od niedawna – mój rower szosowy ;).

  • Witam. Jestem pod dużym wrażeniem opisu twoich wyjazdów. Po tym jak wszystko opisałaś widać, że bardzo kochasz to co robisz. Widać to po otwartości i szczerości z jaką opisujesz wszystko. Zainspirował mnie twój opis, że sam kupiłem sobie dd Hammocks Travel BIVI ( od frontline różni się nieprzemakalną podłogą ), underblanket, tarp, puchowy śpiwór ( też Cumulus ) i planuje za około tydzień ruszyć w Alpy. Trochę nie wiem czy w formie backpackingu uda mi się spakować wszystko, ale czas pokaże. Serdeczne dzięki za inspirację. Kilka samotnych nocy w hamaku już za mną – jest to wielka przygoda odkrywania samego siebie i za to dziękuję TOBIE.

  • Lubię wracać do tej relacji i sobie ją na nowo czytać :) Piękna sprawa! Marzy mi się spróbowanie takiego bikepackingu, ale na taki wypad trzeba mieć niesamowitą kondychę! Super zdjęcia z Mattem, ale i tak najbardziej moje serducho podbiło to z kotem. Wiadomo 😛

    • Nie, nie trzeba mieć wcale takiej super kondycji- można robić krótsze trasy zawsze a z czasem forma będzie lepsza:) Najważniejsze to mieć dużo samozaparcia i musi nam to po prostu sprawiać frajdę- jazda na rowerze plus spanie na dziko. Ale w tak pięknych górach to nie ma raczej innej opcji :) Naprawdę warto spróbować- nie musi być to cały miesiąc, ale chociaż takie 10 dni 😉 Noo, kotek był świetny- jeszcze nie spotkałam kota na takiej wysokości :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *